26 czerwca 2017

Porozmawiajmy przy kawie #10

Jest niedzielny wieczór, gdy piszę ten tekst - i właśnie doszłam do wniosku, że przez ostatnie dwa dni próbowałam przygotować dwa teksty na Kreując życie i żadnego z nich nie skończyłam. Wypadałoby jeszcze wspomnieć o tym, że obydwa teksty skończyły się kilku zdaniach i obrobieniu zdjęć. Dlaczego obydwa teksty skończyły się niepowodzeniem i porzuciłam ich pisanie? Zaraz o wszystkim opowiem...



Ostatni czas, a w zasadzie tygodnie... są dla mnie takim fajnym okresem. Z jednej strony mam dużo pracy, wiele spraw do załatwienia i ogarnięcia, a z drugiej strony każdego dnia staram się znaleźć czas dla siebie. I nie zależnie od tego, co to jest... czy przeczytanie kilku stron książki... czy słuchanie muzyki... czy po prostu pobycie sam na sam ze swoimi myślami - sprawia mi to wiele przyjemności. Zwalniam kiedy tylko mogę i chłonę każdą chwilę.

WEEKEND

Zarówno w czwartek, jak i w piątek porobiłam kilka zdjęć i miałam ambitny plan, aby przysiąść w weekend i napisać jakikolwiek tekst. Może nie jakikolwiek, ale jeden z dwóch: albo przepis na przepyszny krem ze szparagów, albo parę słów o mojej ulubionej, codziennej biżuterii. Jednak, gdy usiadłam do komputera i dosłownie męczyłam każde słowo, doszłam do wniosku, że bez sensu jest pisanie na siłę. Tak było zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Nie chcę publikować takich tekstów, do których się zmuszam, bo po pierwsze marnuję tylko swój czas, po drugie nie chcę, żebyś czytała tekst, który powstał podczas mojej wewnętrznej walki z samą sobą, a po trzecie na pewno byś to odczuła, że tekst był pisany na siłę. 


REMONT

Pod koniec najbliższego tygodnia powinno być już gotowe okno, które zamówiłam ponad tydzień temu, i w ten sposób zacznie się coś, za czym mój Mąż nie przepada - czyli remont. Tym razem będzie to weranda/wiatrołap. Na sam początek wymiana okna. Potem "tylko" zerwanie znienawidzonych przez nas tapet, pomalowanie ścian, położenie podłogi i coś, czego nie mogę się doczekać, czyli odnawianie mebli. I choć nie lubię remontowego bałaganu i kurzu, to lubię malować ściany.

KONTROLA U ORTOPEDY

Próbując w ostatnim czasie umówić się na wizytę kontrolną do ortopedy - dowiedziałam się, że mój lekarz przeszedł na emeryturę. O tyle dobrze, że udało mi się z nim porozmawiać i polecił mi swojego kolegę po fachu. W ten oto sposób jadę jutro na konsultację do nowego lekarza, i tak się zastanawiam, czy będzie kontynuował leczenie, czy też wprowadzi coś nowego. Staram się nie wracać do tego, jak jeszcze półtora roku temu noc w noc płakałam z bólu i nie byłam w stanie zrobić bez kul kilku kroków, jak nie mogłam zginać nogi, a postawienie stopy na podłodze kończyło się jeszcze większym bólem. Dziś jest dużo lepiej, funkcjonuję w miarę normalnie - nie ukrywam, że mam problem, ponieważ nie mogę uklęknąć, gdy chcę wyjąć coś, co jest schowane całkiem z tyłu na samym dole szafy i muszę prosić o pomoc. I choć robię "przysiady" na piłce gimnastycznej, to boję się kucnąć z obawy, że znowu będzie bolało mnie tak jak wcześniej. Nie chcę do tego wracać, ale prawda jest taka, że cała kontuzja (i jej skutki) wykończyły mnie wtedy bardzo psychicznie, bo żyłam w ciągłym bólu. Piętnastego sierpnia miną dwa lata od tego niefortunnego upadku, gdy pomyślę o tym, że za sprawą jednej (błahej!) decyzji przysporzyłam sobie tyle bólu i problemów, to w moich oczach pojawiają się łzy na samą myśl o tym, przez co musiałam przejść. Jednak staram się koncentrować na tym, co jest tu i teraz, ciesząc się każdym dniem, kiedy mogę "normalnie" funkcjonować. Jedno jest pewne: cała ta sytuacja nauczyła mnie pokory.

Dopisek 28.06.2017

Nowy ortopeda stwierdził, że mam silny stan zapalny w przyczepie i przepisał tabletki przeciwzapalne. Jeżeli to nie pomoże, to zalecałby wstrzyknięcie blokady (ponoć po tym powinno być już tylko dobrze). Jednak problem jest z blokadą, ponieważ to sterydy, więc przede mną kilka konsultacji lekarskich, ponieważ przy moich chorobach są różne przeciwwskazania.Fajnie byłoby po dwóch latach wsiąść na rower i pojeździć...

Przede mną intensywny tydzień: kilka wyjazdów, sporo spraw do załatwienia, szafka do złożenia pod urządzenie wielofunkcyjne (może to dziwne, ale naprawdę lubię skręcać meble) i przyjazd brata na wakacje. Lubię, gdy tyle się dzieje. Często wtedy jestem bardziej efektywniejsza. 


Nad napisaniem tego tekstu spędziłam... może jedną trzecią tego czasu, w którym próbowałam napisać wspomniane wcześniej przeze mnie dwa teksty - pojawią się one niedługo. Tymczasem, do napisania!

Mamy poniedziałek, więc życzę Ci udanego tygodnia i dużo pozytywnej energii. 

6 komentarzy

  1. Biedna jesteś z tą nogą. A jak to się stało? Tego dnia kilka lat temu urodził się mój starszy Synek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu wpadłam w zasypaną dziurę i niefortunnie upadłami na kolano.

      Usuń
  2. Niestety urazy kolan potrafią być koszmarem :( Trzymam kciuki, żeby było coraz lepiej!

    Faktycznie brzmi jak sporo rzeczy do ogarnięcia, ale dacie radę :) Udanej wizyty brata!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak wizyta u lekarza?
    Ja mam podobnie, gdy masa obowiązków to potrafię lepiej i efektywniej pracować :)
    Udanych wakacji z bratem, bawcie się dobrze 😙

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też lubię, gdy dużo się dzieje, chociaż ostatnio to u mnie już przegięcie ;) Życzę dużo energii do ogarnięcia wszystkich spraw :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasem po prostu trzeba odpuścić ;) Życzę Ci dużo zdrowia i mam nadzieję, że sprawa z nogą ułoży się po Twojej myśli. Cierpliwości :)

    OdpowiedzUsuń

TOP